9 sierpnia 2016

Podstawowy zestaw osobowy (9)



(9) Początkiem osobowej komunikacji jest słowo


Początkiem osobowej komunikacji jest słowo. Jednak osobowe spotkanie nie może się ograniczać do komunikacji słownej. Kresem i spełnieniem osobowej komunikacji jest miłość jako czyn dobra. A więc spełnieniem osobowej komunikacji jest komunia, czyli wspólnota osobowa (communio personarum). Osobowe spotkanie dwóch osób rozpoczyna się od słownej komunikacji a kończy się na miłosnej komunii. Na tym polega związek dwojga osób – mężczyzny i kobiety.

Jeśli początkiem komunikacji jest słowo, to można powiedzieć, że chodzi w tym przypadku o fundamentalne słowo Bubera. Według niego człowiek nawiązuje relacje osobowe dzięki komunikacji słownej. Pojmował on tę komunikację w kategoriach relacji Ja-Ty. Spotkanie Ja-Ty stanowi dla Bubera bezpośredni wyraz nawiązywania relacji, które dotyczą zarówno człowieka, jak i Boga. Tym słowem, które stanowi wyraz komunikacji osobowej, jest słowo dialogu: Ja kocham Cię oraz Ty kochasz mnie.

Buber wskazywał na relację jako coś, co dzieje się pomiędzy, ale nie potrafił jeszcze rozpoznać jej osobowego charakteru. Dopiero późniejsi komentatorzy mówili już wprost o relacjach osobowych. Te relacje najlepiej przedstawił i zdefiniował prof. Gogacz. Związał on te relacje z własnościami osobowymi istnienia (czyli własnościami transcendentalnymi) – prawdą, dobrem i realnością (właściwie powinno być piękno). Wymienia trzy relacje osobowe: wiara, miłość i nadzieja.

Początkiem osobowej komunikacji jest słowo. Jednak jej spełnieniem i  kresem jest miłość jako czyn dobra. Ten rodzaj komunikacji jako osobowy dialog pierwszy odkrył Buber. Opisywał spotkanie jako relację przebiegająca pomiędzy dwoma osobami Ja – Ty. Według Bubera należy posłużyć się tutaj fundamentalnymi słowami „Ja-Ty”. Uważał, że gdy wypowiadamy te fundamentalne słowa, wtedy nawiązujemy i dostrzegamy relację osobową, czyli coś, co dzieje się i dokonuje pomiędzy dwoma osobami. Posłużenie się słowami „Ja-Ty” jest zawsze dialogiem dwóch osób. Mówimy bowiem: Kocham Cię = Ja kocham Ciebie oraz  Ty kochasz mnie; Ja wierzę Tobie oraz Ty wierzysz mi. Dziś już dodamy za Gogaczem, że ten dialog przybiera postać relacji wiary, miłości i nadziei (Ja oczekuję na CiebieTy czekasz na mnie). W ten sposób nawiązują się relacje osobowe, które stanowią podstawę wspólnoty jako osobowej komunii.

Osobowa komunikacja stanowi szczególny sposób łączności między ludźmi. Z jednej strony wykracza poza poznanie zmysłowe i kontakt fizyczny, ale z drugiej strony jest obecna w naszym codziennym życiu. To dowodzi, że osobowa komunikacja nie jest związana z praktycznym poznaniem i działaniem w świecie. Musi posiadać swoje źródło gdzieś głębiej w człowieku. Oczywiście dostrzegamy, że taka komunikacja posiada swój wymiar duchowy. To znaczy, że przejawia się w aktywności naszych władz duchowych. Dlatego powiemy, że nasza ludzka komunikacja dokonuje się poprzez słowo i czyn, a także dzięki przeżyciom uczuciowym.

Słowo dotyczy naszego poznania rozumowego lub intelektualnego. Ale od razu powstaje pytanie, czy słowo jest efektem doświadczenia zmysłowego oraz dalszej aktywności samego rozumu (intelektu)? Krótko mówiąc, czy słowo jest pojęciem poznawczym? Otóż nie jest. Nie wolno i nie można utożsamiać słowa z pojęciem, chociaż już scholastycy nazywali pojęcie verbum mentis. Co więcej, mówili o słowie wewnętrznym (pomyślanym) i słowie zewnętrznym (wypowiadanym). To niestety doprowadziło później do utożsamienia wiedzy z językiem, gdyż traktowano język jako faktyczny magazyn wiedzy o świecie. Jednak język nie stanowi poznania rzeczywistości, a jest jedynie obrazem naszego myślenia. Język zawiera zasady gramatyczne wyznaczające poprawności wypowiedzi językowej (mówienia) oraz posługuje się zasadami logicznymi, które określają samą poprawność myślenia. Można to sformułować w ten sposób, że myślimy logicznie, a mówimy gramatycznie. Jednak ani logika, ani gramatyka nie ujmują istoty słowa, ponieważ samo słowo nie jest ani logiczne, ani gramatyczne. Słowo jest dialogiczne, jak powiedziałby Buber, co znaczy, że słowo służy do porozumiewania się i dialogu. To ponownie pokazuje nam, że słowo oraz mowa jako komunikacja słowna mają swoje źródło znacznie głębiej niż w ludzkim rozumie.

Słowo jest bezpośrednio związane z własnością transcendentalną prawdy. Słowo pochodzi od prawdy. Słowo jest przez nią przyczynowane. Słowo jest zatem aktem lub aktywnością prawdy. Dlatego mówimy, że słowo niesie ze sobą prawdę. Słowo przynosi nam prawdę. Stąd nazywamy je słowem prawdy. Słowo prawdy pojawia się i funkcjonuje w naszym umyśle. Ale słowo nie jest przedmiotem lub działaniem umysłu (rozumu). Rozum dysponuje jedynie myśleniem. Natomiast słowo jest przypisane do poznania intelektualnego jako zdolności przenikania i ujmowania rzeczy w ich wewnętrznym wyposażeniu i w ich wewnętrznych zasadach bytowych.

Słowo zostaje przyjęte w umyśle. Dzięki przyjęciu słowa, które powstaje jako aktywność prawdy, nasz umysł staje się (na powrót) intelektem, czyli umysłem posiadającym prawdę jako zasadę poznawania realności. To właśnie słowo przynosi nam prawdę. Przynosi ono prawdę do naszego umysłu, dlatego wówczas nasze myślenie może nabrać zupełnie nowego charakteru, czyli będzie zdolne głosić prawdę. Posiadanie słowa pozwala nam głosić prawdę o rzeczywistości, a więc o człowieku i o Bogu.

Wbrew temu, co sądził Bacon, poznanie zmysłowe nie daje nam dotarcia do prawdy. Zmysły kontaktują nas z rzeczywistością, ale jedynie na poziomie właściwości cielesnych. To nie znaczy, że docieramy do prawdy. Jesteśmy dzięki temu zdolni określić pewne cechy lub parametry rzeczy cielesnych (np. możemy je bardzo dokładnie zmierzyć lub zważyć), ale to nie przesądza o tym, że poznajemy w ten sposób prawdę.

Jedynie słowo daje nam kontakt z prawdą jako realną własnością bytu. Słowo pochodzi bowiem od prawdy i jest duchowo-poznawczym obrazem prawdy, który może się pojawić w umyśle. Dzięki temu powiemy, że staje się dla nas dostępna sama prawda. Prawda uobecnia się w słowie. Parafrazując Levinasa można stwierdzić, że prawda jest obecna w swoim uobecnianiu, czyli w słowie. Prawda zawiera się w słowie, zatem przyjęcie słowa (słowa prawdy) jest przyjęciem samej prawdy. Dlatego prawda staje się w ten sposób dla naszego umysłu mocą i zasadą poznawczą. To, co w myśli neoplatońskiej funkcjonowało pod postacią pojęć – intelligentia oraz intellegere (jako zdolność oglądu wewnętrznego, a zarazem moc poznawcza).

Słowo stanowi więc moc poznawczą, która pozwala przeniknąć do wnętrza bytu i ująć jego wewnętrzne wyposażenie (poznać wewnętrzne zasady). Dlatego to właśnie słowo pozwala nam poznać osobową prawdę człowieka (a także Boga, jeśli chodzi o Słowo Boże). Bez posłużenia się słowem prawdy nie będziemy w stanie przeniknąć i dotrzeć do osoby człowieka. Będziemy co najwyżej oglądali go z zewnątrz lub z boku, będziemy go mogli zmierzyć i zważyć, wziąć pod lupę lub pod spektrometr. To znaczy, że będziemy wiedzieli o człowieku tyle, ile wiedzą szczegółowe nauki przyrodnicze. To z pewnością wystarcza medycynie człowieka, ale nie może wystarczyć filozofii człowieka.

Filozofia pyta wprost o osobę człowieka i problemy fizjologiczne organizmu jej nie obchodzą. Filozofia zamierza poznać najgłębsze podstawy człowieka, jego fundament (jakby kamień węgielny), na którym wszystko się opiera i stoi. Bez tego fundamentu nie zdołamy stworzyć silnej konstrukcji wewnętrznej struktury bytu ludzkiego, gdyż w pewnym momencie wszystko może się zawalić, tak jak u Kartezjusza, dla którego takim kamieniem węgielnym miało być cogito, które uchodziło i – co więcej – nadal uchodzi za coś niepodważalnego. Ale okazało się, że propozycja Kartezjusza to tylko domek z kart, gdyż na koniec wszystko się zawaliło pod naciskiem problemu połączenia duszy i ciała.

Dlatego filozofia człowieka musi znaleźć nowy fundament. Takim fundamentem może być osoba jako podmiotowość istnienia. Jest to trwały fundament realności, gdyż stanowi go samo osobowe istnienie. Zarazem jest to fundament, na którym można oprzeć problematykę duszy i ciała, a nie zawieszać ją w całkowitej próżni.

Trzeba zatem rozpocząć od tego, że człowiek jest osobą. Dopiero dalej możemy dodać, że człowiek jest wcieloną osobą. To pozwala nam stopniowo budować wewnętrzną konstrukcję i strukturę ludzkiego bytu. Powiemy więc, że to osoba przyczynuje naszą duchowość, a dzięki temu razem z życiem określa ludzką cielesność. Postawa wyprostowana człowieka jest raczej skutkiem poczucia jego godności osobowej, a nie tego, że jako małpa zszedł z drzewa na ziemię.

Podstawowy zestaw osobowy (10)



(10) Afirmacja osoby i czyn dobra

Celem i pragnieniem naszej woli jest umiłowanie dobra. Jak zatem wola powinna zmierzać do tego celu? Sama wola nie ma przecież możliwości rozpoznania dobra. Wola nie poznaje dobra, lecz go pragnie i pożąda. Mówimy, że wola chce dobra. Skąd więc ma czerpać to dobro, aby do niego podążać?
Wola podobnie jak pozostałe władze duchowe jest możnością. Sama w sobie ma więc możliwość podążania do dobra. Dlatego przypisujemy woli wolność chcenia lub nie chcenia. Przyznaje się woli również wolność wyboru, czyli tak zwaną wolną decyzję (liberum arbitrium). Te określenia pokazują nam możliwość działania, ale wola musi mieć przed sobą postawione jakieś dobro, do którego będzie zmierzać i dążyć, aby je osiągnąć. Dlatego wydaje się, że  wola potrzebuje informacji na temat konkretnego dobra. Czasami kierujemy się w życiu różnymi ideałami, ale ostatecznie wymaga to przełożenia na coś konkretnego. Na co dzień człowiek nie może funkcjonować w sferze ideologii.
Co podsuwa woli konkretne dobro? Oczywistym rozwiązaniem jest propozycja naszej zmysłowości i cielesności. Dlatego na pierwszym miejscu pojawiają się potrzeby życiowe oraz konkretne dobra, które zabezpieczają zaspokojenie tych potrzeb. Człowiek musi jeść i pić, musi działać i pracować, ale również musi spać i odpoczywać. Nasza wola niemal automatycznie dąży do spełnienia tych potrzeb. Tutaj nie musimy wcale się zastanawiać, żeby coś postanowić.
Istnieją również dobra, które wypełniają naszą aktywność. To znaczy, że żyjemy i działamy, aby osiągnąć pewne konkretne dobra. W tym zakresie pojawia się możliwość wyboru. Zmysłowość i uczuciowość ukazują nam jako coś dobrego przyjemność. Przecież każdy, kogo zapytać, odpowie nam, że chce żyć przyjemnie. Nasza zmysłowość nie zna praktycznie innych wartościowych rzeczy niż przyjemność. Ponadto jest to z pewnością coś, co każdy z nas doświadcza na co dzień i co chwila. Często traktujemy szczęście jako zbiorowisko przyjemnych chwil, które pojawiają się w naszym życiu. Toteż zmysłowość proponuje woli swoją własną ocenę i swoje doświadczenie. Dlatego podpowiada woli – wybierz przyjemność!!! To jest coś naprawdę dobrego dla Ciebie! Zmysłowość nie dysponuje przecież pełnym rozpoznaniem wszelkich dóbr, które dotyczą człowieka.
Cóż ma teraz począć wola? Otóż wola może wybrać lub odrzucić propozycję cielesności. Ciało woła do niej, że potrzebuje różnych przyjemności. Musisz spełnić i zaspokoić moje pragnienia. Chyba nie chcesz, żebym cierpiało i w końcu zmarło. Jeżeli wola nie otrzyma innych informacji, to znaczy, jeśli nasz umysł nie przedstawi własnych propozycji, lecz tylko potwierdzi potrzeby i pragnienia ciała, to wówczas woli pozostaje możliwość wyboru i potwierdzenia w działaniu przyjemnego życia, albo odrzucenia go. Wola pozostająca bez żadnej zasady i mocy pożądawczej dysponuje wyłącznie możliwością wyboru. Dlatego najczęściej wybiera propozycję zmysłowości i podążą za przyjemnościami. Z kolei powtarzające się wybory wywołują przyzwyczajenie. Człowiek działa wtedy całkiem automatycznie i popada w uzależnienie.
Jeżeli zastanowimy się nad swoim działaniem, to okaże się, że na co dzień kierujemy się przeważnie swoimi przyzwyczajeniami. Można powiedzieć w skrócie, że nasza cielesność działa na zasadzie przyzwyczajenia. Tylko odważne i stanowcze postępowanie woli mogłoby przerwać ten ciąg rozwijających się przyzwyczajeń. Jednak do tego wola potrzebuje własnej siły i mocy. Jak mówimy, potrzebna jest silna wola. Skąd wola ma czerpać swoje siły?
Może nasz umysł i rozum będzie w stanie podpowiedzieć coś woli? Ale umysł sam musi wiedzieć, czym jest wola i co najlepiej jej służy, albo nawet powinien wiedzieć, kim jest człowiek i co jemu najlepiej służy. Jednak myślący umysł (rozum) nie posiada takiej wiedzy. To pokazuje, że sam umysł musiałby się najpierw nawrócić na realność i wiedzę dotyczącą realności, żeby móc zaproponować woli odpowiednie rozwiązanie. Ale patrząc na to od strony woli ona nadal może wybrać propozycję umysłu lub ją odrzucić. To oznacza, że wola nie jest zobowiązana do uznania przedstawionych propozycji umysłu. Zobowiązać wolę może tylko jakaś wewnętrzna siła i moc.
Skąd wola może zdobyć taką siłę? Trzeba jasno stwierdzić, że żadne pomysły naszego umysłu nie dają woli wewnętrznej siły. Do takich zewnętrznych pomysłów wola podchodzi jedynie na zasadzie wyboru. Jest w stanie wybrać któryś z pomysłów, lecz od samego wyboru nie przybędzie woli siła i moc prawego działania. Cóż zatem powinna uczynić wola? Gdzie szukać ma odpowiedniej siły? Wola musi przyjąć aktywność płynącą od osoby. Osobowe dobro uaktywnione przez relacje osobowe nawiązane z Bogiem lub z osobą ludzką sprawia akty sumienia. Jeśli wola przyjmie taki akt sumienia (mówimy potocznie o głosie sumienia), to wówczas rodzi się w niej i pojawia czyn dobra. Czyn dobra stanowi realną siłę woli. Gdy wola przyjmuje takie akty sumienia i gdy zdobędzie różne czyny dobra, wtedy rozwija się w niej sprawność i moc miłości. Powiemy więc, że czyny dobra wynikające z aktywności sumienia (z aktów osobowych) tworzą w woli cnotę miłości (virtus caritatis), ale jest to już miłość osobowa, a nie naturalna. Ta cnota miłości stanowi wewnętrzną siłę i moc woli, która pozwala jej działać na zewnątrz w sposób moralny (słuszny i prawy).
To pokazuje nam, że tak naprawdę wola może uzyskać potrzebną jej moc pożądawczą jedynie z poziomu egzystencjalnego, czyli na zasadzie aktywności istnienia (aktów własności istnieniowych). Ta egzystencjalna aktywność ma naturę i charakter osobowy. Osoba jest bowiem podmiotowością istnienia i działa poprzez swoje własności osobowe (prawdy, dobra i piękna). Dlatego należy stwierdzić, że faktyczna moc pożądawcza, która pozwala woli chcieć i pragnąć dobra, pochodzi od osoby w postaci wewnętrznego doświadczenia. Bez takiej osobowej aktywności woli pozostaje tylko możliwość wybierania spośród różnych propozycji przedstawianych przez nasze poznanie (zmysłowe lub umysłowe). Dopiero gdy nasza wola uzyska odpowiednią sprawność i moc miłości, wtedy może podejmować działania skierowane ku osobie, czyli przede wszystkim chcieć osobowego dobra. Takie działanie woli staje się podstawą moralności człowieka, która jest nastawiona na poszanowanie dobra osoby ludzkiej. Działania osobowe potwierdzają bowiem szacunek dla godności człowieka. Ale takie działania może podejmować miłująca wola, a nie wolna wola pojmowana jako wolna decyzja (liberum arbitrium).
Wola nie powinna się kierować zewnętrznymi propozycjami zmysłowości lub świadomości (jako myślącego rozumu). Wola powinna się poddać osobowej aktywności sumienia i kierować się zdobytą w ten sposób miłością. Tylko miłująca wola jest najlepszą strażniczką godności osoby ludzkiej i źródłem naszej moralności.

14 czerwca 2016

Kim jesteśmy?



I cóż powiemy na pytanie o nasze bycie-w-świecie? Otóż można powiedzieć, że żyjemy i działamy w świecie. Nasze działania przebiegają w obrębie tego, co nazywamy światem, i dotykają tego, co nas otacza. Działamy przeważnie na zewnątrz w sferze cielesnej. Dlatego możemy uznać, że nasze bycie-w-świecie dotyczy jedynie działania. Nie można natomiast twierdzić, że istniejemy w świecie, ponieważ my istniejemy sami w sobie (każdy człowiek istnieje sam w sobie). Człowiek jest samodzielnym bytem, jak mówiono w średniowieczu, bytującym in se et per se. Nie wolno więc mówić, że człowiek istnieje w świecie, gdyż to wprowadza i narzuca ujęcie relacyjne. To tak jak byśmy powiedzieli, że człowiek istnieje w relacji do świata (a przez to w zależności od świata). Tak naprawdę istnieje tylko człowiek (poszczególny człowiek), natomiast świata nie ma, bo to jest twór pojęciowy.

Dlatego trzeba przyjąć, że nasze bycie-w-świecie nie jest czymś ważnym. Najważniejsze jest istnienie w sobie jako samodzielne bytowanie. Idąc dalej tym tropem powiemy, że człowiek nie istnieje dla świata, ale raczej istnieje z jakiegoś innego powodu. To nie świat jako otaczająca nas przyroda jest przyczyną człowiek, lecz trzeba poszukiwać tutaj przyczyny transcendentnej wobec człowieka i świata. Taki postulat stawiali już greccy filozofowie.

Jeżeli człowiek istnieje w sobie, to znaczy, że jest czymś realnym. Jest więc realnym bytem. Nie jest jednak bytem koniecznym a tylko przygodnym, dlatego musi posiadać swoją przyczynę. Człowiek jest bytem przygodnym, ponieważ pojawia się i znika. Dlatego musi mieć przyczynę swojego istnienia. Powszechnie mówi się, że człowiek został stworzony przez Boga. To jest wskazanie na przyczynę człowieka.

Cóż oznacza jednak stworzenie człowieka przez Boga? Przecież człowiek jest cielesny. Jest cielesnym i żywym organizmem. Toteż należy zapytać, czy bycie cielesnym organizmem stanowi lub wyznacza nasze istnienie. Gdybyśmy przyjęli takie założenie, wtedy nasze istnienie na powrót związalibyśmy z materialnym światem przyrody, gdyż bycie ciałem stałoby się istnieniem. To od razu pokazuje, że Bóg nie stworzył nas jako ciało. No to może stworzył nas jako duszę (stworzył naszą duszę), jak twierdziła teologia chrześcijańska. Ale tutaj również pojawia się problem, czy nasze istnienie i realność sprowadza się do duszy lub duchowości (albo ducha, jak głosi spirytualizm). Gdyby Bóg stwarzał duszę albo ciało, to te elementy musiałyby być doskonałe, ponieważ Bóg nie odwala fuszerki. Jednak ani dusza, ani ciało człowieka nie są doskonałe. Teologia odpowiada na to, że jest to skutek grzechu pierworodnego. Otóż grzech, jak chce ta sama teologia, nie dotyczył samego istnienia człowieka, lecz tylko jego działania, właśnie tego zewnętrznego działania, które dokonuje się poprzez naturę człowieka, czyli poprzez dusze i ciało. Grzech dokonał się więc w naturze człowieka i dotknął tę naturę. Czy zatem w człowieku było coś jeszcze, co stanowi samo centrum realności, czyli zasadę istnienia – tego samodzielnego istnienia? Teologia (JP II) podpowiada nam dzisiaj, że chodzi o osobę. Człowiek jest więc osobą stworzoną przez Boga, natomiast nasza natura (czyli dusza i ciało) jest przyczynowana przez drugorzędne przyczyny, które wpływają na kształt naszej natury duchowo-cielesnej.

Musimy teraz zapytać, czy człowiek poznaje swoją osobę, czy może poznaje tylko swoją naturę? Wiemy, że filozofia zaczęła od poznania natury człowieka. Grecy pojmowali człowieka w sposób naturalistyczny jako złożonego z duszy i ciała. Zgoda, że duszy przypisywali pewne nadprzyrodzone właściwości, jak np. nieśmiertelność. Ale to wszystko dotyczyło wyłącznie poznania i rozumienia ludzkiej natury (istoty człowieka). Dlatego możemy powiedzieć, że samorodna filozofia nie zdołała sięgnąć do tajemnicy osoby człowieka (nie mówiąc już o Osobie Boga). Taką tajemnicę ukazała nam dopiero religia chrześcijańska i tworzona w jej ramach teologia (wiedza o Bogu oparta na Objawieniu, przekazanym przez Jezusa Chrystusa). Dlatego wydaje się, że nie posiadamy naturalnej zdolności poznania tego, co najważniejsze dla człowieka, czyli jego osoby.

Św. Augustyn nauczał, że ludzki rozum ma ograniczone możliwości i sam z siebie nie jest w stanie poznać Boga, a chodziło już o Boga Osobowego. Okazało się, że te niedomagania dotyczą również poznania naszej ludzkiej osoby. Czy zatem możemy w ogóle mówić o osobie człowieka albo o osobie w człowieku, skoro nie potrafimy jej bezpośrednio poznać? Jednak na gruncie filozofii bardzo powoli i raczej skokowo dowiadujemy się o osobie człowieka coraz więcej.

Pierwszy krok uczynił św. Tomasz, który wyjaśnił do końca metafizyczną strukturę bytu. Stwierdził, że Bóg jest ipsum esse, czyli Czystym Aktem Istnienia, natomiast byty stworzone składają się z istnienia i istoty, gdzie możność istotowa ogranicza stworzony akt istnienia. Niestety z powodu niewiary w metafizyczne wyjaśnienie realności dalsza filozofia porzuciła Tomaszowe rozumienie bytu (realnego bytu). A jednak przebłyski znaczenia aktu istnienia dla wyjaśnienia realności osoby przetrwały i pozostały. Toteż Suarez i inni definiowali już osobę ludzką jako modus essendi. Nawiązał do tego w dzisiejszych czasach Karol Wojtyła w swoim dziele Osoba i czyn. Definiuje tam osobę jako właściwy tylko człowieczeństwu sposób jednostkowego bytowania (nowe wyd. s.131). Co więcej, Wojtyła uznał, że działalność człowieka, przede wszystkim jego czyny moralne, należy odnosić do realnej podmiotowości (do podmiotu sprawczego). Dlatego poszukiwał w człowieku realnego suppositum. I właśnie za takie suppositum uważał podmiotowość istnienia i działania. (tamże, s.122-124) Posługiwał się także średniowieczną formułą operari sequitur esse. To wszystko razem pozwala zidentyfikować osobę jako podmiotowość istnienia i działania.

Zastanówmy się teraz, czy te filozoficzne ustalenia można zestawić lub skonfrontować z naszym potocznym doświadczeniem? Czy są takie momenty, kiedy doświadczamy swojej osobowej podmiotowości? Przede wszystkim możemy się tutaj odwołać do przeżywania swojej własnej tożsamości. Każdy z nas ma nieprzeparte poczucie tożsamości. To jestem ja i zawsze jestem ja sam. Przez całe swoje życie trwamy w poczuciu własnej tożsamości pomimo tego, że nauka informuje nas, że w trakcie życia w organizmie człowieka ulegają zmianie wszystkie atomy. Filozofia nowożytna, wyrosła na Kartezjańskim cogito, nazwała to jaźnią lub Ja (ego), ale błędnie zinterpretowała naszą tożsamość jako podmiotowość myślenia (właśnie myślenia, które zawładnęło całkowicie rozumieniem człowieka). Dlatego na końcu ludzka podmiotowość została uznana za świadomość (patrz myśląca świadomość u Husserla). Należy pamiętać, że poczucie lub doświadczenie własnej tożsamości nie ogranicza się do myślenia, czy nawet poznawania. Własną tożsamość przeżywamy jako głęboką podmiotowość istnienia i działania, jak pokazał Wojtyła. Można więc przyjąć, że w ten sposób doszliśmy do spotkania z własną osobą.

Analizy Wojtyły z Osoby i czynu tak naprawdę mają niewiele wspólnego  z fenomenologią. Jest to po prostu odwołanie się do wewnętrznego doświadczenia tożsamości człowieka, które dociera do podmiotowości działania i istnienia. Te analizy są prowadzone w perspektywie działanie-podmiot, czyli właśnie czyn-osoba lub osoba-czyn, co znaczy, że ukazują realną podmiotowość działającego człowieka (czyli realny podmiot sprawczy rzeczywistego działania). Dlatego można mówić, że osoba przejawia się w swoich czynach (moralnych i religijnych), a te czyny są uruchamiane i sprawiane przez podmiotowość osoby (osobowy podmiot sprawczy = podmiotowość istnienia). Z kolei odwołując się do poglądów Levinasa możemy powiedzieć, że osoba ukazuje się w swoim działaniu. Osoba uobecnia się sama przez się. Oznacza to, że osoba uobecnia się i ukazuje w swoich czynach. Takimi bezpośrednimi aktami osoby są – kontemplacja, sumienie i upodobanie. Z pewnością nie wszyscy doświadczamy osobowych aktów kontemplacji czy upodobania albo o tym nie wiemy. Lecz na ogół wszyscy odczuwają wewnętrzny głos sumienia, które wzywa nas do czynienia dobra. To jest właśnie prawdziwe doświadczenia osobowej aktywności, ponieważ to osobowe dobro człowieka przyczynuje w nas akty sumienia, które doskonalą naszą wolę wywołując w niej czyny dobra (dobre uczynki, jak uczono nas dawniej na religii).

Osoba objawia się zatem w działaniach moralnych i religijnych człowieka. Jeżeli więc próbuje się dzisiaj wmówić człowiekowi, że moralność i religijność są niepotrzebne, że są jakimś zabobonem i przeżytkiem albo ciemnogrodem, to tym samym odziera się człowieka z jego osobowej realności, a co za tym idzie, odbiera się człowiekowi jego osobową godność. Godność człowieka dotyczy bowiem jego osobowej podmiotowości. Godność przypisana jest do osoby, która dysponuje własnościami transcendentalnymi prawdy, dobra i piękna. Godność osoby jest niezbywalna, ale musimy jej nieustannie strzec. Możemy swoimi działaniami poniżyć i upodlić ludzką naturę, ale nie możemy odebrać człowiekowi jego osobowej godności.

Niestety oszukany człowiek, który nie potrafi wydobyć z siebie – ze swojej osoby – czynów moralnych i religijnych, zaczyna się staczać w świat fikcji, chwyta się różnych przyjemności lub korzyści własnych (co dziś nazywa się konsumpcjonizmem. A wtedy nasza natura bierze górę nad realnością osoby i zaczyna działać na własną rękę, co sprzeciwia się na ogół osobie. Należy pamiętać, że w człowieku doskonała jest tylko osoba, dlatego prawość i doskonałość naszego działania powinniśmy czerpać z aktywności osoby (osobowego podmiotu istnienia).

Osoba istnieje i działa in se et per se, gdyż osoba jest podmiotem istnienia i działania (czyli jest ostatecznym źródłem aktywności). Trudno powiedzieć, żeby osoba istniała w świecie. Osoba istnieje w sobie. Istnieje dla siebie a nie dla świata. Możemy powiedzieć, że osoba ma swoje własne cele, które może realizować poprzez ludzką naturę. Toteż człowiek wyrasta ponad świat, co pokazuje, że człowiek jako osoba musi szukać swojego celu gdzieś dalej lub wyżej. Dlatego osoba poszukuje wspólnoty osobowej, bo tylko tam może się faktycznie zadomowić. Tak więc celem człowieka jest wspólnota osobowa, dlatego twierdzimy, że prawdziwym środowiskiem dla człowieka jest wspólnota osobowa (na ziemi jest to rodzina). Człowiek bytuje więc w środowisku osobowym. To jest nasze właściwe miejsce i tego przede wszystkim powinniśmy pilnować.

6 września 2015

Propozycja dla Młodych (1)



1.W rozważaniach filozoficznych ważną sprawą jest dobry start. Wydaje się, że trzeba zacząć od jakiegoś powszechnego doświadczenia, żeby trafić do wielu ludzi. Dla każdego człowieka czymś dostępnym jest zwykła codzienność. Każdy z nas żyje swoją codziennością, która kształtuje nasze przyzwyczajenia. Na ogół nie zastanawiamy się nad codziennymi sprawami, gdyż zdają się one być oczywiste a nawet konieczne. Znamy przecież wiele codziennych działań i poczynań, które są niezbędne dla naszego życia. Chciałoby się powiedzieć, że działamy wtedy zupełnie automatycznie. Do tego nie jest potrzebna ani wiedza naukowa, ani filozoficzne rozumienie rzeczywistości. Wystarczy codzienna praktyka, którą ćwiczymy i powtarzamy każdego dnia. Można więc przyjąć, że na co dzień jesteśmy pragmatystami, czyli liczy się dla nas skuteczność działania. Właściwie można przeżyć całe życie rozwijając jedynie niezbędną praktykę.

Lecz w pewnym momencie może pojawić się refleksja. Człowiek nagle zastanawia się nad sobą i swoim życiem. Stąd nagle może się zrodzić pytanie dotyczące mnie samego. Kim jestem? Dokąd zmierzam? Skąd pochodzę? Okazuje się, że człowiek pragnie poznać siebie i otaczający go świat. Taki cel i zadanie przyświecały właśnie powstaniu filozofii dotyczącej człowieka i świata. Żeby poznać siebie, człowiek musi wyjść poza codzienną praktykę. W natłoku codziennych spraw nie dostrzegamy potrzeby refleksji prowadzącej do poznania samego siebie. Dlatego musimy porzucić swoją codzienną praktykę, żeby zwrócić się ku teorii, czyli ku teoretycznemu poznaniu. To wymaga zanegowania w jakimś stopniu zwykłego pragmatyzmu. Ale jednocześnie powoduje to ożywienie – jakby uruchomienie – ludzkiej duchowości. Zaczynamy wówczas poszukiwać tego, co w nas samych i dla nas samych jest najważniejsze. To jest pierwszy krok w stronę filozofii. Poszukujemy teoretycznej wiedzy o człowieku, czyli o nas samych. Codzienna praktyka już nie wystarcza, potrzebna jest teoria (jako trwała i niezmienna wiedza). Potrzebna jest wiedza rozumiejąca.