Moje poszukiwania realnego człowieka
18 stycznia 2014
7.Podsumowanie bieżące
Można chyba się zgodzić, że
filozofia grecka rozpoznawała człowieka w perspektywie podmiotowej i
przedmiotowej. Jako podmiot człowiek został przedstawiony w postaci rozumnej
duszy, która odpowiada za działania typowo ludzkie. Natomiast przedmiotowo
człowiek był ujmowany jako natura złożona z formy i materii przynależna do
substancjalnego bytu. Rozumna natura stanowi człowieczeństwo zawarte w
człowieku.
Gdy więc wraz z nastaniem
chrześcijaństwa pojawiła się problematyka osoby, wtedy podjęto próby
zdefiniowania pojęcia, którym trzeba się było posłużyć w teologii. Nie zdołano
jednak sięgnąć do rozumienia samej osobowej realności, gdyż brakowało
odpowiednich narzędzi metafizycznych. Jak widzieliśmy nawet św. Tomasz, który
przedstawił poszerzone rozumienie bytu wskazując na przyczynę realności bytu,
czyli akt istnienia, nie wykorzystał tej swojej wizji metafizycznej dla
pokazania, czym jest realnie osoba. Pozostał przy definicji Boecjusza. A
przecież Tomasz mógł już pokazać, że osoba stanowi indywidualną egzystencję
obdarzoną rozumną naturą. Co więcej okazało się, że Tomaszowa metafizyka bytu
złożonego z istnienia i istoty nie znalazła w ogóle uznania. Tym samym zaprzepaszczono
problematykę osoby na kolejne stulecia. Suarez przez osobę rozumiał jakiś modus essendi.
17 stycznia 2014
8.Związek między osobą i naturą w ujęciu Bonawentury
Zagadnienie
związku między osobą i naturą występuje w traktacie Bonawentury O tajemnicy
Trójcy. Tematem interesującego nas artykułu jest pytanie, czy najwyższa
jedność natury może występować wraz z Trójcą osób?[1]
Już na początku swojej odpowiedzi Bonawentura pisze, że zrozumienie zagadnienia
Trójcy osób i jedności natury jest trudne i niemożliwe bez uprzedniego uznania
go dzięki wierze[2].
Wiara
stwierdza, że natura Boża jest jedna, a jednak są w niej trzy osoby. Aby to
zrozumieć, trzeba zauważyć dwie rzeczy: po pierwsze co znaczy nazwa „osoba” i nazwa „natura”, a po drugie, w jaki sposób osoba i natura odnoszą się do
rodzenia. Pierwsza sprawa usuwa wykluczenie, druga zaś wprowadza współbrzmienie[3].
Bonawentura przytacza tutaj
definicję natury i definicję osoby Boecjusza. Ale można zauważyć, że dobiera
sobie odpowiednie definicje. Nie podaje głównej definicji osoby, ale wybiera
dodatkowe określenie, jakie podał Boecjusz. Dodatkowo przytacza definicję osoby
sformułowaną przez Ryszarda ze św. Wiktora. Bonawentura pisze, że należy
wiedzieć, że – jak powiada Boecjusz – „natura jest różnicą gatunkową stanowiącą
formę dowolnej rzeczy”, a „osoba jest niepodzielną substancją natury rozumnej”;
bądź – jak powiada Ryszard – „jest istnieniem, którego nie można udzielić”.
Wydaje się, że Bonawentura w sposób przemyślany dobrał właśnie te określenia.
Na nich opiera swoje rozumowanie wyjaśniające związek między osobą i naturą.
Stwierdza
więc, że różnica między nimi polega na tym, że ‘natura’ oznacza ową formę, dzięki której dowolna rzecz jest tym,
czym jest. Natomiast ‘osoba’ oznacza
jednostkowy, czyli nie do udzielenia innym, podmiot. Zdaniem Bonawentury, błędy
heretyków wynikają z nieznajomości tych definicji. Powiada on, że wielość natur
może występować z jednością osoby, czego przykładem jest każdy człowiek[4].
Także odwrotnie wielość osoby nie wyklucza jedności natury[5].
Dalej
Bonawentura przechodzi do sprawy odniesienia osoby i natury do zagadnienia
rodzenia. Pisze, że ‘osoba’ i ‘natura’ nie tylko mają różne znaczenia,
ale także odmiennie odnoszą się do rodzenia. Podmiot działa bowiem poprzez
formę. Rodzenie i bycie zrodzonym należy do osoby, a nie do natury, mimo że
natura udziela się w rodzeniu. Ponieważ natura Boża jest niepodzielna i wolna
od jakiejkolwiek materii, to nie staje się mnoga i nie podlega liczeniu z racji
podziału na części. Jest więc całkowicie jedna w zrodzonym i rodzącym. Skoro
zaś nikt nie może zrodzić sam siebie, to konieczna jest wielość osób. A
ponieważ w emanacji osób natura jest tym, co się udziela, a osoba tym, co
rodzi, to właśnie z uwagi na tę emanację konieczne są wielość osób i jedność
natury. Zatem nie ma między nimi żadnego wykluczenia, a jest jedynie najwyższa
zgoda[6].
Komentarz.
Spróbujmy uporządkować poszczególne stwierdzenia Bonawentury. Według niego
osoba oznacza jednostkowy podmiot. Ten podmiot działa poprzez formę. Natura
oznacza ową formę zgodnie z przytoczoną definicją Boecjusza. Osoba jest tym, co
rodzi. Rodzenie należy do osoby. Natomiast natura zostaje udzielona w rodzeniu.
Natura jest tym, co się udziela. Nikt nie może zrodzić samego siebie.
Zatem wynika, że w tym
rodzeniu osoba działa, zaś natura zostaje udzielona i przekazana. To osoba
rodzi i ma moc rodzenia. Osoba działa za pomocą formy, czyli natury. Zatem
powstaje i rodzi się nowa osoba, a natura przechodzi i zostaje zachowana. Osoba
powstaje (rodzi się), a natura tylko przechodzi. Zrodzona osoba jest czymś
jednostkowym i niepodzielnym. Osoba jest nieprzekazywalna, zaś natura jest
przekazywalna (może być udzielona). To znaczy, że osoba jest czymś
nieprzechodnim i nieprzekazywalnym. Jak twierdzi Ryszard, osoba jest
nieprzekazywalnym istnieniem (egzystencją). Natomiast natura jest udzielana,
czyli jest czymś przekazywalnym. Jest właśnie przekazywalną formą albo istotą.
Osoba jako nieprzekazywalne istnienie jest czymś jednostkowym i odrębnym.
Natomiast natura jako wyposażenie istotowe jest czymś powszechnym (ogólnym) i
tożsamym. W akcie zrodzenia powstaje więc inna osoba, ale ta sama natura. Tak
jest z narodzinami człowieka.
Cielesne i naturalne
zrodzenie polega jedynie na przekazaniu natury. Dlatego natura zostaje
przekazana poprzez zarodek lub nasienie. Wydaje się, że właśnie takim
przekaźnikiem natury jest kod genetyczny. Ale w przypadku człowieka w ten
naturalny proces została włączona osoba. W człowieku nastąpiło wcielenie osoby,
czyli włączenie jej w życie naturalne. Wcielenie osoby ludzkiej nie zakłóca
działania natury, a jedynie dodaje do niego działania osobowe. Osoba podnosi
naturę do poziomu życia osobowego. Wiemy z teologii, że łaska doskonali naturę.
Ale łaska zamieszkuje właśnie w osobie człowieka. To dzięki łasce osiągamy
pełnię życia osobowego. Osoba obdarzona łaską doskonali życie naturalne i samą
naturę.
W
filozofii greckiej powstawanie i rodzenie dotyczyło jedynie natury. Można się
tutaj posłużyć rozumieniem natury, jakie podaje Arystoteles. Według niego nazwa
natury została użyta najpierw do oznaczenia powstawania bytów ożywionych. Można
powiedzieć, że byty ożywione powstają dzięki naturze. Powstawanie to nosi miano zrodzenia albo narodzin. A
ponieważ tego rodzaju powstawanie pochodzi od wewnętrznej zasady, to nazwa natury
została rozszerzona także na oznaczenie wewnętrznej zasady tego ruchu. Każde
poruszenie albo działanie posiada swoją zasadę. Zrodzenie bytów ożywionych
dokonuje się zatem dzięki naturze, która jak widzimy, stanowi wewnętrzną zasadę
w takim bycie. Takie powstawanie poprzez zrodzenie pojmowano jako proces
liniowy zapoczątkowany przez pierwszą przyczynę (primus motor).
Wydaje
się, że zupełnie inaczej wygląda sprawa powstawania lub rodzenia w przypadku
osoby. Każda osoba pochodzi bezpośrednio od Boga. Ale pojawienie się nowej
osoby człowieka wymaga szczególnych warunków. Mamy bowiem wtedy do czynienia z
bytem osobowym, który może powstawać i żyć tylko w środowisku wspólnotowym.
Dlatego osoba do powstania, czyli narodzin, potrzebuje wspólnoty osób. Do powstania
osoby człowieka konieczna jest wspólnota osób. Dlatego człowiek rodzi się w
rodzinie. Ale poza osobami rodziców do powstania osoby człowieka konieczny jest
również udział Osoby Boskiej. Do narodzin osobowego człowieka potrzebna jest
trójca osób.
Człowiek
rodzi się podobny do rodziców. W tym rodzeniu natura ludzka jest udzielana i
przekazywana z jednego bytu do drugiego. Ale osoba ludzka jest stwarzana na
obraz i podobieństwo Boże. Osoba powstaje na nowo dzięki aktowi stwórczemu.
Osoba nie może być udzielona, ani przekazana. Ryszard ze św. Wiktora nazwał
osobę „istnieniem, którego nie można udzielić”[7].
Istnienie bytu może pochodzić jedynie od Boga, który jest Czystym Istnieniem
(ipsum esse). Dlatego osobowe istnienie człowieka jest stwarzane przez samego
Boga. Nie może być udzielane na sposób natury, czyli naturalnie. Tak więc w
przypadku człowieka oba rodzaje pochodzenia nakładają się na siebie. Bóg
stwarza osobowe istnienie, zaś człowiek przekazuje tylko ludzką naturę. Można
zatem powiedzieć, iż za każdym razem mamy do czynienia z wcieleniem osoby w
człowieku. Osoba stwarzana przez Boga zostaje wcielona w proces narodzin
człowieka.
Dlatego
należy uznać, że narodziny, a właściwie samo poczęcie, człowieka mają
szczególny charakter. To nie jest tylko powstawanie naturalne poprzez
udzielenie natury ludzkiej. Tam jest ukryta bezpośrednia interwencja Boga. W
tym powstawaniu człowieka ukryte jest od razu stworzenie osobowego istnienia.
Tego istnienia człowiek nie jest w stanie nikomu udzielić. Osobowe istnienie
jest nieprzekazywalne. Ono może się jedynie pojawić na nowo, czyli zostać
stworzone. Osoba ludzka może być jedynie stworzona przez Boga. Dlatego Bóg ma
swój udział w narodzinach (i w poczęciu) każdego człowieka.
[1] Zob. De misterio
Trinitatis, q.2 a.2.
[2] Por. św. Bonawentura, O wiedzy Chrystusa, O tajemnicy
Trójcy, przeł. i oprac. M. Olszewski, Kęty 2006, s.177)
[3] Por. tamże, s.178.
[4] Por. Boecjusz, Traktaty teologiczne, Kęty 2001,
Przeciw Eutychesowi i Nestoriuszowi, s.72-77, 80-82.
[5] Por. De misterio
Trinitatis, q.2 a.2; przekład s.178.
[6] Por. tamże; s.178.
[7] Ryszard ze św. Wiktora, De Trinitate IV, 18,
ed. J. Ribaillier, s.181.
10 stycznia 2014
Jak odnaleźć siebie?
Człowiek ciągle biega i lata.
Pływa po morzach i wspina się po górach. A wszystko po to, żeby się sprawdzić i
odnaleźć samego siebie. Wydaje nam się, że odnajdziemy siebie w dalekich
podróżach albo w ciekawych miejscach. W ogóle nie przychodzi nam do głowy, żeby
poszukać siebie w sobie samym. Może podświadomie lub świadomie nie lubimy
siebie? Przecież nie znajdziesz siebie dookoła siebie. Musisz po prostu zajrzeć
do wnętrza i zobaczyć, co jest w środku, a nie rozglądać się wokoło.
Dopiero gdy zwrócisz się do
wewnątrz, zdołasz zobaczyć, kim jesteś. Na zewnątrz wcale nie widać realności.
Mamy tylko różne przejawy cielesności, które należą do sfery zjawiskowej. Lecz
w tych zewnętrznych przejawach nie znajdziemy informacji, kim naprawdę
jesteśmy. Nie dowiemy się o własnej realności. Trzeba sięgnąć do głębi. Ale jak
to zrobić? Może pomoże nam medytacja transcendentalna? Nic podobnego! To może introspekcja
lub wiwisekcja? Też nie. W ten sposób możemy kontrolować co najwyżej swoją
świadomość. Jednak człowiek nie jest świadomością lub mózgiem, jak chce nam to
wmówić współczesna filozofia i nauka. Czego więc należy poszukiwać i jak
szukać, żeby odnaleźć siebie?
Trzeba w swoim działaniu poszukać
czegoś naprawdę ludzkiego, a właściwie poszukać czegoś osobowego. Tą drogą
poszedł Karol Wojtyła w swoim dziele Osoba
i czyn. I wcale nie była to ścieżka fenomenologiczna. Osobowy czyn stanowi
coś, co wyróżnia nasze postępowanie. Chodzi w tym wypadku o czyn dobra, czyli
działanie moralne. Taki czyn dobra jest aktem miłości i może być dokonany przez
realną podmiotowość, a nie przez ludzką świadomość. Dla Wojtyły taką
podmiotowością jest osoba stojąca u podstaw całej aktywności człowieka. Wojtyła
zaznacza, że ludzkie operari sequitur
esse. Tak więc podmiotowości i aktywności człowieka należy szukać na
poziomie istnienia. Osobę definiuje on jako właściwy człowieczeństwu sposób
bytowania, czyli istnienia.
Czy jednak dociera tam nasza
wiedza? Ludzki umysł nie potrafi przeniknąć do sfery istnienia (do ludzkiej
egzystencji). Czy zatem nie ma możliwości dotarcia do tego, co najbardziej
realne i istotne? Umysł nie jest w stanie wznieść się do osobowego istnienia
człowieka, jednak nasze władze umysłowe mogą przyjmować oddziaływanie własności
transcendentalnych zawartych w osobowym istnieniu człowieka. Nasz umysł (rozum)
może odbierać akty kontemplacji stanowiące aktywność osobowej prawdy. Prawda
objawia się bowiem w aktach kontemplacji, które docierają do naszego umysłu
(rozumu) i zaszczepiają w nim słowo prawdy. Dzięki uzyskanemu w ten sposób
słowu możemy poznać osobową prawdę człowieka, czyli to, ze jest on osobą
stanowiącą podmiotowość istnienia.
Dalej osobowe dobro objawia się w
aktach sumienia. Nasza wola jest zdolna przyjmować akty sumienia stanowiące
aktywność osobowego dobra. Przyjęte przez wolę akty sumienia owocują w niej
czynem dobra, czyli miłością. Dzięki temu nasza wola może pragnąć bezpośrednio
osobowego dobra człowieka, czyli jest zdolna miłować osobę człowieka. Właśnie w
ten sposób wola dociera do osobowego dobra człowieka i może miłować samą jego
osobę, a nie tylko przebierać w różnych duchowych i cielesnych przymiotach.
Prawdziwa miłość dotyczy bowiem samej osoby.
Wreszcie osobowe piękno człowieka
objawia się w aktach upodobania. Akty upodobania emitowane przez osobowe piękno
docierają do naszej uczuciowości, która znajduje się już na granicy duszy i
ciała. Dzięki przyjętym aktom upodobania uczuciowość zyskuje zdolność przeżywania
piękna. Takie przeżycie piękna staje się radością i fascynacją życiem. Dlatego
uczuciowość nie musi się uganiać za cielesnymi doznaniami przyjemności, lecz
jest już nastawiona na prawdziwe przeżywanie piękna i pięknego życia. Stąd
rodzi się w niej sprawność nadziei. Jest to nadzieja na nowe wspaniałe życie.
Tego właśnie powinna doświadczać nasza uczuciowość.
Należy więc stwierdzić, że
istnieje szczególne doświadczenie wewnętrzne, które pozwala naszym władzom
duchowym doznawać i przyjmować aktywność naszej osobowej podmiotowości
istnienia. Człowiek powinien być wyczulony na tego typu aktywność, gdyż jest to
najlepsza droga, która prowadzi nas do utrwalenia postępowania moralnego.
Jeżeli naszą moralność będziemy chcieli oprzeć na przekazie kulturowym lub
religijnym, czyli na zdobywanej wiedzy, to musimy zdawać sobie sprawę, że
zawsze może nastąpić zanegowanie i odrzucenie takiej wiedzy, czyli zwątpienie,
a wówczas zatracamy sens moralności i nasze postępowanie staje się dowolne (raz
dobre a raz złe). Nasza świadomość nie ma w sobie dość siły, żeby przekroczyć
taką dowolność postępowania i samodzielnie powrócić do moralności. Tutaj
potrzeba mocy osobowej. Moralność potrzebuje osobowej mocy sprawczej, która
obdarza nasze władze realnymi zasadami i sprawnościami, a nie tylko myślenia,
które niesie ze sobą samą możliwość działania. Musimy pamiętać, że myślenie o
moralności nie sprawi jej w nas, gdyż moralność jest czymś realnym i potrzebuje
realnych zasad. Nasze myślenie nie jest w stanie uruchomić potrzebnych
sprawności i cnót. One powstają pod wpływem realnej aktywności osoby. A to
znaczy, że powstają pod wpływem oddziaływania aktów sprawianych przez własności
prawdy, dobra i piękna.
Moralność, podobnie jak
religijność, wymaga mocy sprawczej, a nie tylko myślenia. Myślenie o moralności
może nas zaprowadzić do hedonizmu (czyli do myślenia o przyjemności) albo do
utylitaryzmu (czyli traktowania wszystkiego, w tym także ludzi, instrumentalnie
jako coś korzystnego do załatwienia swoich spraw). Hedonizm i utylitaryzm stanowią
zaprzeczenie moralności personalistycznej, jak pokazał nam Wojtyła (w Miłości i odpowiedzialności). Moralność
personalistyczna wymaga sprawczej realności osoby, a nie myślenia. Tylko osoba,
która stanowi podmiotowość istnienia, może się stać źródłem moralności.
Podobnie jak źródłem religijności jest Boska Osoba (Trójca Osób), a nie nasze
myślenie o Bogu. Myślenie o Bogu kończy się na ogół gnozą albo dziwną teorią
zmysłu religijnego, i tyle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
